czwartek, 19 kwietnia 2012
Od jakiegoś czasu siedzę w domu. Tak się świetnie czuję, że jestem na zwolnieniu. Jest mi tak dobrze, że dobrze mi tak. Znajomi mnie pytają, dlaczego jestem na zwolnieniu, a gdy usiłuję wykręcić się od odpowiedzi, kwitują to stwierdzeniem, że pewnie tak sobie, żeby poodpoczywać. A co mam powiedzieć każdemu dobremu i średnio dobremu znajomemu, który mnie o to pyta? Że mam hemoroidy jak dojrzałe czereśnie przez całe dupsko? Że nie dałabym rady przed komputerem wysiedzieć? Że mam wzdęcia, normalny ciążowy objaw, a średnio uśmiecha mi się wychodzenie co pięć minut do łazienki, a tym średniej popiardywanie z cicha pod biurkiem w nadziei, że kolejny pierd będzie bezwonny? (Ludzie, z trudem przychodzi mi pisanie tego jako anonimowa blogerka! Mam z wami o tym rozmawiać przy kawie i ciasteczku?!)Że, poza tym, mój zajebisty Art Dyktator najwyraźniej miał w nosie moją ciąże, bo nadal wychodził kiedy chciał i jak chciał, zostawiając mnie z robotą? Że musiałam zostawać po godzinach? Pierdolę serdecznie. Zwolnienie okazało się najlepszym rozwiązaniem mojej sytuacji. Wiem, że mogłabym próbować dochodzić swoich praw, ale niestety Art Dyktator potrafi zachowywać się jak rozkapryszone dziecko i moje próby zaprowadzenia porządku skończyłyby się kwasami. A mnie kwaśne środowisko wybitnie szkodzi. Nie lubię trującej atmosfery, nie wiem, jakie harpie lubią, ale ja nie. W każdym razie mój pobyt w domu powoduje, że coraz rzadziej siadam do komputera i rzadko sprawdzam fejsbuka, wiadomości z kraju i ze świata są mi coraz bardziej odległe i nie wiem, jakie nowe memy są ostatnio na topie - co sprawia, że powoli zaczęłam zapominać, jak głupi potrafią być ludzie. Izolowanie się od świata zewnętrznego dobrze mi robi. Szkoda tylko, że nie zaczęłam jeszcze robić kilku rzeczy, które sobie obiecałam. Skupiłam się na byciu kurą domową. Codzienny dwudaniowy obiad z deserem i posprzątany dom coraz bardziej wchodzą mi w krew - z czego wcale się nie cieszę. ...no dobra, kurwa, cieszę się. Zadowoleni?! Podoba mi się siedzenie w domu, pichcenie obiadków, wycieranie kurzy i czekanie z kapciami na Mojego Osobistego Męża. Jestem zwyklakiem i sprawia mi to zajebistą przyjemność. UWIELBIAM mieć wypucowane półki w lodówce, lubię, jak mi podłoga błyszczy. Cieszycie się?! W końcu nie muszę udowadniać sobie i innym, że muszę być zajebista na każdym kroku. Że muszę robić karierę i mieć nienaganny manicure. Że muszę harować jak wół po to, by połowę wydać na rzeczy, którymi będę szpanować przed ludźmi, którzy mnie wcale nie obchodzą. A drugą połowę przepić w weekend w pubie, bo pracuje się ostro, a pije się szybko. W dupie mam ten świat. Nie ma tu nikogo, kto by mnie mógł oceniać.
piątek, 23 marca 2012
czwartek, 22 marca 2012
Najlepszy cytat z sieci związany z ciążą: "Czy komputer może szkodzić ciąży? Tak, jeżeli jest podłączony do internetu".
wtorek, 20 marca 2012
Tak sobie przeczytałam te ostatnie wpisy i pomyślałam, jaki fatalny obraz się z nich rysuje. Kobieta zapatrzona w siebie, wkurwiona na to, że przytyje i że będzie miała rozstępy, wkurwiona na wszystkich ludzi, którzy cieszą się z jej ciąży. Bo ona się z niej nie cieszy. Otóż nie. Ja kocham to malutkie dziecko, które noszę. Kocham te malutkie paluszki na stópkach, które widziałam na USG (w zasadzie były to kości, ale darujmy sobie). Jestem naprawdę wzruszona, przejęta i szczęśliwa. Starałam się o to długo, leczyłam się hormonami, więc dziecko jest nie tylko chciane i zaplanowane, ale też wyczekane. Ale ciąża daje się we znaki i to bardzo. I dają się we znaki ludzie, którzy poklepują i pogłaskują mnie po brzuchu, nawet w chwilę po zapoznaniu. To taka niepisana zasada, że obcy ludzie mogą macać mój brzuch - bo przecież on już nie jest mój. On należy do społeczeństwa, do obcych bab i facetów. Tak jak to dziecko - nie będzie moje tylko przedszkola, szkoły, dziadków, obcych ludzi, którzy chcą dla niego jak najlepiej. Jedna z babek powiedziała mi na przykład, że mi strasznie zazdości mojego stanu, bo czuła się wtedy jak królowa. Bo była najważniejsza i wszyscy jej ustępowali, i spełniali wszystkie jej zachcianki. Ja się nie czuję wyjątkowo i wręcz wkurwia mnie, gdy ktoś poświęca mi więcej uwagi, niż do tej pory. W pracy, gdy otwieram okno, szef na mnie krzyczy, że powinnam go zawołać. Kurwa, do otwierania okna? Fakt - jest ono wysoko, i muszę się wspiąć na biurko, żeby do niego dosięgnąć, ale gdybym spadła nie będąc w ciąży, potłukłabym się równie mocno - a przed ciążą nie było z tym problemu. Poza tym nie stałam się nagle niepełnosprawną łamagą bez piątej klepki, żeby spadać z biurka. Jeszcze inna babeczka tłumaczyła mi, że ciąża i pierwszy rok po urodzeniu dziecka to był najpiękniejszy czas w jej życiu. Rozumiem, coś na zasadzie pierwszego roku w związku. Nowa osoba do kochania, która po roku jakoś nam powszednieje. Trudno, ale trzeba sobie uświadomić, że miłość się zmienia i nie ma to nic wspólnego z moją egoistyczną potrzebą posiadania kogoś nowego do kochania. Nie ma to nic wspólnego z ciążą jako stanem fizjologicznym. A co najbardziej mnie denerwuje - o czym zresztą już raz pisałam - to pytania o moje dolegliwości. Pal go sześć, jak pytają o to dobrzy znajomi - przyjaciółki mają prawo mnie pytać, czy nie rzygam przypadkiem. Ale obcy ludzie, którzy chcą rozmawiać o gazach, zgagach, hemoroidach i żylakach, doprowadzają mnie do szału. Tak samo jak młode mamuśki, które potrafią pierdolić tylko o kolkach, kupkach i ulewaniu. Źle się czuję, opowiadając o fizjologii, czy to swojej, czy cudzej. Ale niektórzy nie mają tego problemu - i to nie tylko w okolicznościach ciąży. W ostatnią niedzielę byliśmy z Moim Osobistym na imieninach Teścia. Imieniny na 10 osób i trzy ciepłe dania. Pytanie mojej teściowej skierowane do ciotki Mojego Osobistego (niedawno wróciła ze szpitala): "No i jak tam z siusianiem? Już lepiej?" Przy, kurwa, stole. Oczywiście teściowa mnie też pyta o fizjologię, ale wie, że jestem drażliwa i że mogę jej odpowiedzieć nie do końca tak, jak sobie tego życzy, więc nie robi tego tak ostentacyjnie. I nie pyta zbyt często - temat pojawia się dopiero wtedy, gdy już NAPRAWDĘ nie mamy o czym rozmawiać. No tak, a teraz wychodzi na to, że marudzę, bo z jednej strony mam dość monotematyczności znajomych i nieznajomych (brzuch, brzuch, brzuch), a z drugiej piszę tylko o tym. Ale! Proszę pamiętać, że ja piszę głównie wtedy, gdy coś mnie wkurwi - i oto jestem wkurwiona.
środa, 29 lutego 2012
Niestety, moje życie powoli staje się monotematyczne. Sama próbuję do tego nie dopuszczać, rękoma i nogami trzymać się kurczowo jakichkolwiek tematów poza moim odmiennym stanem. To na nic. Wszyscy już widzą brzuch - chyba, że owinę się w bezkształtną, workowatą bluzę - i mówią tylko o nim. A czy mam zachcianki (tak, czasami mam ochotę kogoś zamordować), a czy mam mdłości (tak, jak słucham takich pytań), a czy dziecko już zaczęło kopać (nie, ale istneje szansa, że to ja niedługo zacznę). To, że czuję się świetnie, codziennie, to już wiemy. To, że mam obowiązek opowiadać o mojej fizjologii, to dla mnie coś nowego.
czwartek, 19 stycznia 2012
Trzy miesiące, czyli jedna trzecia ciąży, minęła jak z bicza strzelił. Mam już brzucha, co mnie wkurwia (między innymi, ale nie tylko dlatego, że to za wcześnie na brzuszysko), z tym że jest to taki brzuch, że laski dookoła patrzą na mnie z politowaniem myśląc "Czegoś się tak nawpierdalała, biedactwo?" albo "Mądrzy ludzie wymyśleli Espumisan, idiotko". Oczywiście osoby, które już wiedzą, pozwalają sobie na bezceremonialne macanie mojego brzucha przy byle okazji. Co wkurwia mnie jeszcze bardziej. Każdy pyta mnie dodatkowo "Jak się czujesz". I co mam powiedzieć tym ludziom? Że mam migreny raz na tydzień, że śpię po 11 godzin na dobę, a jak się nie wyśpię w nocy, to drzemię na kanapie, że rzygam wieczorami, że mam czasami bóle brzucha i że lekarz zdiagnozował mi krwiaka na kosmówce, którego leczę hormonami? Że mam zakaz absolutny seksu, więc z Moim Osobistym Mężem wspólnie jemy tylko obiady. Nie, mówię to, czego oczekują. Czyli, że czuję się dobrze. Świetnie wręcz. I jeszcze non stop spotykam matki polki, które mi pierdolą, że ciąża to najpiękniejsze zjawisko pod słońcem. Szczerze? Najchętniej wynalazłabym jakiś inkubator, który może od pierwszych tygodni pełnić funkcję matczynego łona. Poza tym, nie tylko jestem w ciąży, ale również pracuję, czytam książki, robię zdjęcia, spotykam się z różnymi ludźmi. Czy naprawdę to jest jedyny temat, na jaki można ze mną teraz rozmawiać?
piątek, 16 grudnia 2011
Piszę oficjalnie: jestem ciężarówą, przez kilka najbliższych miesięcy będę powoli zbliżać się do standardu waleniopodobnego (waleń - ssak, nie walenie - czynność), aż wydam na świat jakąś istotę, którą potem będę musiała chcieć wychować na człowieka. Bycie wielorybem przeraża mnie bardzo, konieczność wyjścia na ludzi tego, co wyjdzie ze mnie - bardziej. Nie mam pojęcia, jak się do tego zabiorę. Mam nadzieję, że mimo wszystko nie spierdolę sprawy. I w dodatku mam nadzieję, że ten ogromny przewrót w życiu - jeden z największych - nie zmieni mnie ani świata na gorsze. Odbijając trochę od tematu, wrzucam muzykę, która się mnie w tym tygodniu czepiła. Znowu smęty, ale lubię. Groove Armada feat. Riche Havens - Hands of time Chyba w ciąży trochę łagodnieję.
czwartek, 08 grudnia 2011
Rzuciłam fajki. Rzuciłam alkohol. Nawet wina nie piję. Rzuciłam gandę i hasz, wszystko rzuciłam. Wczoraj na USG widziałam, jak bije we mnie drugie serce. Nie potrafię o tym pisać.
poniedziałek, 28 listopada 2011
Dziś rano, tknięta jakimś przeczuciem nagłem, wysłałam Mojego Osobistego Męża do apteki. Po test ciążowy. Dwie kreski. Kazałam kupić drugi. Dwie kreski. Wieczorem poszłam do lekarza. Pokazał mi Kropka na USG. Kropek ma pięć milimetrów. Właśnie wykształca zaczątki mózgu.
piątek, 25 listopada 2011
A to tekst, który napisałam i nie dokończyłam, wisiał sobie w szkicach, aż postanowiłam go dziś opublikować. Trudno, niedokończony. Wena opuszcza mnie wraz z siłami życiowymi, zastępowana przez ohydny katar i bolące stawy. Zima, kurwa. Dobra, lecimy z tekstem: W któryś weekend, chyba dwa tygodnie temu, byłam mimowolnym świadkiem żenującego spektaklu pod wdzięcznym tytułem "Przytul głuchego". Mój Osobisty Mąż nagrał jeden z odcinków programu "Mam talent" i oglądaliśmy go sobie leniwie (rzadkość, moi drodzy, oglądam z pięć godzin telewizji tygodniowo, a w weekendy praktycznie wcale; a i leniwe chwile zdarzają mi się coraz rzadziej) podjadając popcorn. O tym, że cały ten program jest żenujący, chyba wszyscy wiedzą, ale zdarzają się w nim prawdziwe perełki żenady. Gosia Doktor Zosia była tak zauroczona głuchym kolesiem, który tańczył, że musiała pobiec na scenę, żeby go przytulić. Nikt kurwa inny nie zasłużył sobie na przytulenie przez Gosię Doktor Zosię, bo nie jest upośledzony. Gosia Doktor Zosia dała głuchemu do zrozumienia, że Kochamy-Cię-Wszyscy-Bo-Masz-Źle-W-Życiu-Chujowo-I-Pod-Górkę. Znam kilku głuchych, głuchoniemych, kilku ludzi bez palców czy nawet bez ręki, znam kolesia bez nogi. Mój brat jest prawie niewidomy i ma wstawione śmieszne żelastwo w mózgu, i blizny na czaszce jak Frankenstein. Mój Osobisty Mąż pracuje w tzw. zakładzie pracy chronionej, w którym 30% osób to inwalidzi o mniejszym lub większym stopniu niepełnosprytności. I założę się, że żadna z tych osób nie życzyłaby sobie takiego przytulania na oczach milionów. Pokazywania całemu światu, że głuchy czy inny niepełnosprytny jest ofiarą losu, człowiekiem specjalnej troski i należy mu się wyjątkowe, pełne litości traktowanie. Znam kilka takich osób. Żadna z nich nie przedstawia się: "Cześć, jestem Jarek, nie mam nogi, chodzę z protezą".
>Tu tekst się urywa, być może ktoś wpadnie na jakąś błyskotliwą puentę? |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Czytuję, cytuję
Reklama
|