czwartek, 19 stycznia 2012
Trzy miesiące, czyli jedna trzecia ciąży, minęła jak z bicza strzelił. Mam już brzucha, co mnie wkurwia (między innymi, ale nie tylko dlatego, że to za wcześnie na brzuszysko), z tym że jest to taki brzuch, że laski dookoła patrzą na mnie z politowaniem myśląc "Czegoś się tak nawpierdalała, biedactwo?" albo "Mądrzy ludzie wymyśleli Espumisan, idiotko". Oczywiście osoby, które już wiedzą, pozwalają sobie na bezceremonialne macanie mojego brzucha przy byle okazji. Co wkurwia mnie jeszcze bardziej. Każdy pyta mnie dodatkowo "Jak się czujesz". I co mam powiedzieć tym ludziom? Że mam migreny raz na tydzień, że śpię po 11 godzin na dobę, a jak się nie wyśpię w nocy, to drzemię na kanapie, że rzygam wieczorami, że mam czasami bóle brzucha i że lekarz zdiagnozował mi krwiaka na kosmówce, którego leczę hormonami? Że mam zakaz absolutny seksu, więc z Moim Osobistym Mężem wspólnie jemy tylko obiady. Nie, mówię to, czego oczekują. Czyli, że czuję się dobrze. Świetnie wręcz. I jeszcze non stop spotykam matki polki, które mi pierdolą, że ciąża to najpiękniejsze zjawisko pod słońcem. Szczerze? Najchętniej wynalazłabym jakiś inkubator, który może od pierwszych tygodni pełnić funkcję matczynego łona. Poza tym, nie tylko jestem w ciąży, ale również pracuję, czytam książki, robię zdjęcia, spotykam się z różnymi ludźmi. Czy naprawdę to jest jedyny temat, na jaki można ze mną teraz rozmawiać?
piątek, 16 grudnia 2011
Piszę oficjalnie: jestem ciężarówą, przez kilka najbliższych miesięcy będę powoli zbliżać się do standardu waleniopodobnego (waleń - ssak, nie walenie - czynność), aż wydam na świat jakąś istotę, którą potem będę musiała chcieć wychować na człowieka. Bycie wielorybem przeraża mnie bardzo, konieczność wyjścia na ludzi tego, co wyjdzie ze mnie - bardziej. Nie mam pojęcia, jak się do tego zabiorę. Mam nadzieję, że mimo wszystko nie spierdolę sprawy. I w dodatku mam nadzieję, że ten ogromny przewrót w życiu - jeden z największych - nie zmieni mnie ani świata na gorsze. Odbijając trochę od tematu, wrzucam muzykę, która się mnie w tym tygodniu czepiła. Znowu smęty, ale lubię. Groove Armada feat. Riche Havens - Hands of time Chyba w ciąży trochę łagodnieję.
czwartek, 08 grudnia 2011
Rzuciłam fajki. Rzuciłam alkohol. Nawet wina nie piję. Rzuciłam gandę i hasz, wszystko rzuciłam. Wczoraj na USG widziałam, jak bije we mnie drugie serce. Nie potrafię o tym pisać.
poniedziałek, 28 listopada 2011
Dziś rano, tknięta jakimś przeczuciem nagłem, wysłałam Mojego Osobistego Męża do apteki. Po test ciążowy. Dwie kreski. Kazałam kupić drugi. Dwie kreski. Wieczorem poszłam do lekarza. Pokazał mi Kropka na USG. Kropek ma pięć milimetrów. Właśnie wykształca zaczątki mózgu.
piątek, 25 listopada 2011
A to tekst, który napisałam i nie dokończyłam, wisiał sobie w szkicach, aż postanowiłam go dziś opublikować. Trudno, niedokończony. Wena opuszcza mnie wraz z siłami życiowymi, zastępowana przez ohydny katar i bolące stawy. Zima, kurwa. Dobra, lecimy z tekstem: W któryś weekend, chyba dwa tygodnie temu, byłam mimowolnym świadkiem żenującego spektaklu pod wdzięcznym tytułem "Przytul głuchego". Mój Osobisty Mąż nagrał jeden z odcinków programu "Mam talent" i oglądaliśmy go sobie leniwie (rzadkość, moi drodzy, oglądam z pięć godzin telewizji tygodniowo, a w weekendy praktycznie wcale; a i leniwe chwile zdarzają mi się coraz rzadziej) podjadając popcorn. O tym, że cały ten program jest żenujący, chyba wszyscy wiedzą, ale zdarzają się w nim prawdziwe perełki żenady. Gosia Doktor Zosia była tak zauroczona głuchym kolesiem, który tańczył, że musiała pobiec na scenę, żeby go przytulić. Nikt kurwa inny nie zasłużył sobie na przytulenie przez Gosię Doktor Zosię, bo nie jest upośledzony. Gosia Doktor Zosia dała głuchemu do zrozumienia, że Kochamy-Cię-Wszyscy-Bo-Masz-Źle-W-Życiu-Chujowo-I-Pod-Górkę. Znam kilku głuchych, głuchoniemych, kilku ludzi bez palców czy nawet bez ręki, znam kolesia bez nogi. Mój brat jest prawie niewidomy i ma wstawione śmieszne żelastwo w mózgu, i blizny na czaszce jak Frankenstein. Mój Osobisty Mąż pracuje w tzw. zakładzie pracy chronionej, w którym 30% osób to inwalidzi o mniejszym lub większym stopniu niepełnosprytności. I założę się, że żadna z tych osób nie życzyłaby sobie takiego przytulania na oczach milionów. Pokazywania całemu światu, że głuchy czy inny niepełnosprytny jest ofiarą losu, człowiekiem specjalnej troski i należy mu się wyjątkowe, pełne litości traktowanie. Znam kilka takich osób. Żadna z nich nie przedstawia się: "Cześć, jestem Jarek, nie mam nogi, chodzę z protezą".
>Tu tekst się urywa, być może ktoś wpadnie na jakąś błyskotliwą puentę?
czwartek, 24 listopada 2011
Kontynuując niejako wątek snu o Herbie'm Hancocku, postanowiłam założyć osobny wpis gdyż ponieważ tekst będzie za długi, aby mógł pasować do wpisu poprzedniego. Sen mój przedstawił się następująco: (Tu dygresja, a co, ma być zbyt łatwo czytać, a figa – ustawiłam sobie na telefonie budzik w formie wdzięcznego utworu Cantalloop zespołu US3, po tym, jak dzwonek Killing In The Name Of przestał działać – myślałam że to dlatego, że mi się już osłuchał, ale chyba jednak nie. Acha, w nawiasach będę pisać, skąd się wzięły motywy w moim śnie.) Inspirowana piosenką Cantaloop postanowiłam odbyć podróż. Szukałam więc korzeni Herbiego Hancocka. (Cantaloop jest zbudowane w oparciu o sample z utworu Herbiego) Znalazłam wioskę na zupełnym końcu świata, wioskę, w której urodził się Herbie, niewiele myśląc udałam się tam. Ku mojemu zdziwieniu zobaczyłam wielki płot, ze dwa metry wysokości, drewniany, ale nie taki z klepek, tylko całkowicie zabudowany, jak ściana. (Dzień przed tym snem poszłam po popcorn z Moim Osobistym Mężem i w drodze powrotnej zobaczyłam, że jeden z sąsiadów zbudował taki płot razem z bramą, przez które nic nie widać. Mąż mi wytłumaczył, że co kilka dni, przed szóstą rano, przyjeżdżają tam samochody na białoruskich blachach) Otworzyłam bramę, a tam Mormoni zbierają winogrona (no tu mam zagwozdkę, ni chuj nie wiem, skąd motyw Mormonów). Jeden nawet mi się skarżył, taki mały, dwunasto-, może trzynastoletni, że całe życie tylko harują i nie widzieli świata na zewnątrz (a to ja, ten mormoński gówniarz to ja sama). Zaczęłam zbierać z nimi te winogrona i na koniec upiekłam z nich ciasto. Dziwne tylko, że zbierałam winogrona, a ciasto było czekoladowe. Taaaa... tylko to było dziwne. Zupełnie bez związku z tematem napiszę tylko, że w tym roku Wigilia będzie u nas w domu. Nie będzie, kurwa, bezproduktywnego jeżdżenia. Dziwna to sprawa, że ateistka wyprawia Wigilię u siebie w domu, ale już kiedyś o tym pisałam, a nie zamierzam się powtarzać. Ktoś, kto uparcie publicznie poprawia cztery osoby, mówiąc, że lustro nazywane zwyczajowo weneckim, naprawdę nazywa się fenickie - i być może ma rację - nie powinien być z siebie dumny, jeśli jednocześnie notorycznie mówi "wziąść tą szklankę" i "piętnaście złoty"; To & owo - to chujowy tytuł pewnej gazetki z programem telewizyjnym, który, kurwa, po raz kolejny udowadnia, że wcale nie musimy mówić po polsku albo po angielsku, możemy sobie wymieszać or whatever; Każdy z nas czuje się czasem tak, jakby ganiał, zapierdalał z jakąś świecą dymną na planie chujowego filmu, ale nikt z nas nie ma odwagi tej jebanej świecy rzucić w kąt; Ad. powyżej – młotek nie istnieje, Pratchett; mimo to i tak nie jebniesz tej świecy; Ludzie to chuje i dopóki nie pójdziesz po swoje pieniądze, dopóty ich nie zobaczysz – i ludzi, i pieniędzy; Zapamiętać: budzik powinien być okropnym dźwiękiem, fatalną piosenką lub tradycyjnym brzęczeniem; dzięki temu można uniknąć sytuacji takich jak spóźnienie do pracy przez sen o koncercie Rage Against the Machine albo o zwiedzaniu domu rodzinnego Herbiego Hancocka; Mężowie najczęściej opuszczają znerwicowane wariatki, ergo mnie to raczej nie grozi, gdyż to Mój Osobisty Mąż jest znerwicowanym wariatem; Stopień chęci posiadania dziecka jest odwrotnie proporcjonalny do możliwości tegoż; zapytajcie o to żuliczkę z podbiałostockiej wsi z sześciorgiem dzieci; Każdy, kto nazwie wysmagane fotoszopem gołe baby mianem sztuki, ma ode mnie wpierdol; Ktoś, kto - będąc w długach - kupuje sobie telewizor do sypialni i to koniecznie BIAŁY! ma nie po kolei w głowie; Teatr jest sto razy lepszy od kina, a książka sto razy lepsza od filmu - i nic do tej pory nie zachwiało moją pewnością w tym temacie.
czwartek, 29 września 2011
Wraca jesień, wracam i ja, ta prawdziwa cyniczna, niepoprawna, niemożliwa ja. Jak zwykle z jakimś tanim kretyńskim tekstem na początek, żeby zwabić czytelników, jak zwykle z porcją wkurwienia (bo już wiem, że będzie zima, będzie śnieg, będzie deprecha - i nie ucieknę od tego, jak co roku), jak zwykle z lampką wina i papierosem. Spadające liście wywołują we mnie pragnienie alkoholu (jak się tak porządnie zastanowić, wiele rzeczy wywołuje to pragnienie, ale nie skupiajmy się na tym). O jesieni już było, teraz o bzdurach. Trochę już nie na czasie, ale kilka rzeczy wymaga po prostu opisania. Pierwsza sprawa - mecz Polska-Niemcy. Komentarz prze meczem: Już raz prawie nam się udało, niestety przeszkodził nam deszcz. Przeszkodził nam deszcz. Deszcz przeszkodził nam wygrać z Niemcami. A im widocznie kurwa pomógł wygrać z nami. Bo padał tylko na naszych, tylko po naszej stronie, a w drugiej połowie konsekwentnie zmienił strony. Złośliwie. Jak można tłumaczyć się deszczem? To tak, jakbym tłumaczyła się tym, że serwis blox.pl ma zjebany interfejs i dlatego nie pisałam przez kilka dobrych miesięcy. Tylko jakoś, kurwa, innym się udało, tak? Druga sprawa to mój niedokończony wpis o feminizmie (chyba) i innych pierdołach damsko-męskich. Prawda wygląda następująco: nie mam zielonego pojęcia, jak wybrnąć z roli głupiej baby w codziennym życiu. Choćbym się spinała, choćbym deptała facetom po piętach, zawsze będzie tak, że to oni są panami życia. Kobiety są dodatkiem do prawdziwego życia i czynnikiem napędzającym demografię. Zwątpiłam po prostu. Jeśli chodzi o bzdury, to chyba wszystko. Poznałam fajnego faceta w Sopocie. To znaczy wydawał mi się być fajny, dopóki nie podszedł i nie zaczął gadać. Okazuje się, że jednak zbyt wielką wagę przywiązuję do wyglądu i człowiek o głosie Muppeta nie może być dla mnie ciekawą alternatywą dla męża. Może i dobrze. Nazwijcie mnie chujem w spódnicy, ale lubię flirtować i lubię udawać, że cośtam cośtam. Udawać, podkreślam. Może kiedyś, kiedy się w końcu rozwiodę (nic na to nie wskazuje, ale jest to możliwe), przelecę któregoś z tych facetów. Przepraszam, nie wiem, co ja właściwie pierdolę. Dwa ostatnie tygodnie tak mnie wkurwiły (tak, Mój Osobisty Mąż mnie wkurwił, gwoli ścisłości), że nie chcę go widzieć na oczy. Ale skoro jestem tylko bonusem do jego życia, muszę nauczyć się żyć jak bonus. Bez głównego produktu jestem tylko chińskim gadżetem, którego nikt o zdrowych zmysłach normalnie by nie kupił. Jeeeee-eeesień (to był zaśpiew). Witaj ponownie, blogu.
czwartek, 01 września 2011
sobota, 27 sierpnia 2011
|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
|